World Sports Federation Foundation

Pierwszy raz na World Sports Federation Foundation
Rejestracja

Zbigniew Banasik

udostępnił zdjęcie - 7 mies. temu

i

ENDURO, HISTORIA

ISDE POVAZSKA BYSTRICA 1982

We wrześniu 1982 roku Polska Rzeczpospolita Ludowa trwała silnie w okowach stanu wojennego, więc start w 57 edycji Sześciodniówki Motocyklowej dwóch naszych zespołów narodowych – World Trophy i Silver Vase – był szaną na pokazanie, że pomimo tych mało komfortowych okoliczności wewnętrznych jakie panowały wówczas w kraju Polacy nie rezygnują z udziału w Six Days.


Bazą 57 Sześciodniówki Motocyklowej była Povazska Bystrica w ówczesnej Czechosłowacji. Imprezę przeprowadzono w terminie 20-25 września 1982 roku. Park Maszyn, Start-Metę oraz stanowiska serwisowe zlokalizowano na okazałym miejscowym stadionie klubu SPARTA i przyległych terenach. Tam też odbyło się Badanie Techniczne motocykli uczestników International Six Days Enduro, których ostatecznie wprowadzono do Parku Maszyn trzysta siedem sztuk, co stanowiło wówczas średnią startujących w Sześciodniówkach. Imponująco wypadła uroczystość otwarcia imprezy.

https://i.postimg.cc/qvyyV0bQ/sixdays1982-800x494-Zbigniew-Banasik.jpg


Polska reprezentacja Six Days 1982

Podziwiano defilady ekip startujących w Six Days, paradne przejazdy motocyklistów, lądowania spadochroniarzy, popisy akrobatyczne i koncerty zespołów folklorystycznych. Oprócz przedstawicieli najwyższych władz Światowej Federacji Motocyklowej ( FIM ) w uroczystości otwarcia Sześciodniówki Motocyklowej uczestniczył także – a może: przede wszystkim? – sam premier CSRS Lubomir Strougal.

Gospodarze nie ukrywali, mówiąc zresztą o tym na prawo i lewo, że interesuje ich tylko zwycięstwo w kategorii World Trophy ( już wtedy były to oficjalne Drużynowe Mistrzostwa Świata w rajdach Enduro ) i dobry wynik w kategorii Srebrnej Wazy. No i oczywiście w ich
zainteresowaniu pozostawały wysokie lokaty w klasyfikacjach klubowych, fabrycznych i w klasah.

Czechosłowacy wystawili do boju w 57 Sześciodniówce Motocyklowej całą paletę nowej generacji swoich wyczynowych motocykli Jawa Enduro w klasach 125; 175; 250 i 500. Dołożyli do tego doborową stawkę zawodników z Jiri Cisarem, Emilem Cunderlikiem, Josefem Chovancikiem, czy Stanislavem Zlochem na czele.

Gospodarze imprezy oprócz dogłębnej znajomości tras wykazali się też znakomitą znajomością realiów socjalistycznego państwa, co pomogło im uniknąć ewentualnych nieprzychylnych decyzji międzynarodowego Jury. Wieczorem na dwa dni przed startem 57 ISDE wydano oficjalne wystawne przyjęcie. Było wiele słowackiej serdeczności w toastach ” Na zdar! „. A
już po wszystkim… nieoczekiwana kontrola drogowa skutkująca w kilku przypadkach odebraniem prawa jazdy. Zastosowano także prewencyjne zatrzymanie na czterdzieści osiem godzin wobec jednej osoby. Towarzystwo z międzynarodowego Jury do końca Sześciodniówki miało się na baczności…

Polskę w 57 International Six Days Enduro reprezentowała dziesiątka zawodników. Tym razem nasi zawodnicy startowali na Simsonach i Jawach, gdyż w ówczesnych realiach, zgodnie zresztą z zawartymi przez Polski Związek Motorowy stosownymi umowami z wymienionymi wcześniej producentami, tylko na takie motocykle – zresztą nawet niezłe – polscy
kadrowicze mogli liczyć.

W zespole World Trophy wówczas startowali: Ryszard Augustyn ( KieleckiKlub Motorowy ); Stanisław Olszewski ( OKS Stomil Olsztyn ) – obaj na Simsonach GS 80; Ryszard Gancewski ( GAMK Budowlani Gdańsk ) – Simson GS 125; Leszek Sas ( SKM Warszawa ) – Jawa Enduro 250; Krzysztof Serwin (FKS Avia Świdnik ); Zbigniew Banasik ( MKS Korona Kielce ) – obaj Jawa
Enduro 500.

Zespół Srebrnej Wazy Povazskiej Bystricy anno 1982 reprezentowali:Krzysztof Kędziora ( Kielecki Klub Motorowy ) – Simson GS 125; Zbigniew Groth ( GAMK Budowlani Gdańsk ); Robert Procyszyn ( SKM Warszawa ) – obaj na Jawach Enduro 250 i Walter Stępiński ( Automobilklub Opolski – Grodków ) – Jawa Enduro 500.

Na uczestników 57 Sześciodniówki Motocyklowej czekały wymagające i trudne trasy, wiodące po dużych różnicach terenu, w sporych górach. Teren był w większości kamienisty, a leśne przejazdy – które dominowały na trasach – obfitowały w błoto i korzenie. W ogólnej opinii trasy były dla tych, którzy naprawdę czują się na siłach by jechać w Sześciodniówce
Motocyklowej. Dawały popalić słynne w tamtych stronach liczne strome i trudne technicznie podjazdy. Zjazdy także były z gatunku tych „z górki na pazurki”. No i kolejny urok tras w pobliżu Povazskiej Bystricy, czyli liczne koleiny i dziury…

O ile przez pierwsze trzy dni 57 Six Days pogoda jako tako dopisywała, aczkolwiek czasy przejazdu były raczej napięte, co powodowało nieco nerwowe sytuacje w strefach serwisowych przed Punktami Kontroli Czasu.
Tankowanie motocykli i inne niezbędne czynności były dokonywane w ekspresowym tempie, bo zegar bez litości pokazywał, że już czas jechać dalej w drogę i zmagać się z kolejnym odcinkiem etapowym. Podczas kolejnych dwu dni Sześciodniówki sytuacja zmieniła się diametralnie…

Czwartego i piątego dnia 57 International Six Days Enduro Panią Sytuacji w pogodzie była ulewa. Trasy zmieniły się w błotne pobojowisko, a niewinne strumyki przybrały formę rwących potoków. Nie wytrzymywali ludzie, nie dawał rady sprzęt, liczba wycofanych z rywalizacji rosła lawinowo. Ponoć tak trudnej Sześciodniówki Motocyklowej nie zanotowano
wówczas od kilku lat…

Nie najlepiej działo się w polskich zespołach, o czym trochę przykro pisać. Zbigniew Groth spóznił się na punkt kontrolny już pierwszego dnia. Za nic nie mógł wyczaić sposobu i taktyki na pokonanie trudnego kamienistego i pełnego korzeni podjazdu, a czas umykał. Trzeciego dnia Zbigniew Groth ominął Punkt Kontroli Przejazdu, co równa się wykluczeniu z rywalizacji. A zespół inkasuje 15 000 punktów karnych za każdy nieukończony przez delikwenta dzień. Czwartego dnia odpadli z walki na trasach Six Days Krzysztof Kędziora i Robert Procyszyn. Jedyny jadący zawodnik polskiej Srebrnej Wazy, czyli Walter Stępiński obciążony bagażem karnych punktów swych nieobecnych kolegów stanowił ” czerwoną
latarnię ” w tej klasyfikacji.

W zespole World Trophy najlepiej wypadł Ryszard Augustyn, którego ominęły awarie łańcucha napędowego, a na trasie i próbach radził sobie całkiem przyzwoicie. W klasie 80 ostatecznie był czwarty, co stanowiło najlepszy wynik osiągniety wówczas przez rodaków. Spisał się na medal i to dosłownie, bo zdobył na tej Sześciodniówce Złoty Medal FIM. Ryszard Gancewski, Krzysztof Kędziora i Stanisław Olszewski o ile dawali sobie bez większych kłopotów radę ze słowackimi podjazdami, to dla równowagi trapiły ich awarie błyskawicznie wyciągających się łańcuchów napędowych renomowanej jakby nie było firmy Reynolds. Może wówczas gdzieś ktoś się pomylił i zamówił ” z metra ” łańcuchy od podnośników podajników maszyn rolniczych lub wózków widłowych? Podziałka ta sama ale zupełnie inna wytrzymałość…

Niespodziankę in minus sprawił, i to już pierwszego dnia, Leszek Sas. Człowiek zdawałoby się twardy, obyty z bojami na Sześciodniówkach po pierwszym etapie zdecydował się na wycofanie swego udziału w tej edycji Six Days. Rozbity psychicznie, ze spalonym sprzęgłem motocykla i otartą do krwi ręką dał za wygraną. Szkoda…

Polski zespół World Trophy w uszczuplonym, pięcioosobowym składzie pomimo kłopotów z łańcuchem napędowym w Simsonie Stanisława Olszewskiego ( piątego dnia – czterdzieści minut spóznienia ), nieoczekiwanych i niespodziewanych kaprysów Jaw Enduro 500 Zbigniewa Banasika i Krzysztofa Serwina, ukończył 57 Sześciodniówkę Motocyklową na siódmym miejscu.
Warto dodać, że w Povazskiej Bystricy w 1982 roku żaden zespół Światowego Trofeum, łącznie ze zwycięzcami w tej kategorii – ekipą CSRS, nie dojechał w komplecie do mety imprezy…

Jasnymi punktami w naszej ekipie byli: Ryszard Augustyn i twardziel z Kajkowa, czyli Ryszard Gancewski. „Ganc” był najlepszym w klasie 125 – czwarte miejsce – wśród zawodników dosiadających w tej klasie Simsonów, także tych ze wschodnioniemieckiego Zespołu Fabrycznego. W czołówce odnotowano także Stanisława Olszewskiego – szósty w klasie 80. Gdyby nie pech piątego dnia – zerwany łańcuch napędowy i czterdzieści minut
spóznienia – mógłby mierzyć w pierwszą trójkę klasy motocykli o najmniejszej pojemności skokowej silnika. W silnie obsadzonych pięćsetkach niezle poszło Krzysztofowi Serwinowi, który ukończył Sześciodniówkę na szesnastym miejscu.

World Trophy 57 International Six Days Enduro zdobyli Czechosłowacy. Okazały puchar Silver Vase padł łupem ekipy Niemieckiej Republiki Demokratyznej, co w pewnym sensie odzwierciedla ówczesny podział strefy wpływów w tej części Europy. Na swoim terenie państwa socjalistyczne traktujące sport jako element walki propagandowej musiały pokazać się z dobrej ( i skutecznej! ) strony. I tak się stało.

Obiektywnie trzeba przyznać, że 57 Sześciodniówka Motocyklowa była imprezą nader wymagającą z bardzo trudnymi trasami. Wszyscy, którzy osiągnęli metę tamtej Six Days mogli sobie śmiało przypisać dewizę ” Pro Virtute et Scientia ” ( Za Męstwo i Wiedzę ) umieszczoną na godle federacji i wybitą na Medalach FIM przyznawanych po zakończeniu każdej edycji Sześciodniówki Motocyklowej.

Jarosław Ozdoba

Zbigniew Banasik

udostępnił wpis - 7 mies. temu

i

Zbigniew Banasik 1953 – 2009
Zbigniewa Banasika poznałem w wakacje 1981 roku w dość ciekawych okolicznościach, a mianowicie na weselu mojego brata ciotecznego. Tak się złożyło, że ” Biniol ” był dalszym kuzynem panny młodej. Jeszcze wtedy nie kojarzyłem, że to jest t e n Zbigniew Banasik. Kilka lat potem spotkaliśmy się na rajdzie popularnym dla młodych adeptów motocyklizmu na kieleckiej Wietrzni.

W latach osiemdziesiątych organizowano sporo takich imprez pozwalających na wejście w sport motorowy młodzieży. Zbyszek był już wówczas uznanym zawodnikiem o bardzo dużym autorytecie. I myślę, że Zbigniew Banasik zaszczepił nie tylko mnie, ale i wielu innym, zamiłowanie do rajdów Enduro ( wtedy jeszcze szosowo-terenowych ), przekazał dużo ze swojego przebogatego doświadczenia, nauczył praktycznych umiejętności niezbędnych w tej dyscyplinie motocyklizmu. Wielu, a nawet bardzo wielu zawdzięcza mu bardzo dużo, że pomógł im wejść w świat sportu motocyklowego. Był jak gdyby kwintesencją zawodnika tej specjalności – silny, wytrwały, konsekwentny i twardy.

Do legendy przeszło wygranie przez Niego pierwszego dnia rajdu w Bielsku-Białej w 1985 roku, gdy osiągnął metę poważnie kontuzjowany. Drugiego dnia, mimo uporczywego bólu, dojechał trzeci. Pomimo wielu tytułów w krajowym czempionacie, dobrych występach w Mistrzostwach Europy i sporej kolekcji medali z Sześciodniówek Motocyklowych nie umiał zadzierać nosa, silić się na gwiazdora, do którego strach było podejść. Wręcz przeciwnie – był bardzo serdeczny i koleżeński, emanował znakomitym poczuciem humoru i optymizmem życiowym. Był nie tylko asem Sekcji Motorowej klubu Korona Kielce, ale też asystentem trenera Wacława Sandeckiego. To w dużej mierze zasługa Zbyszka, że drużynowo sekcja Korony przez cały czas swego istnienia nigdy nie schodziła z podium, a tytuły indywidualne sypały się na potęgę. Zbigniew Banasik spełniał się także jako organizator imprez motorowych – od rajdów popularnych, poprzez Rajdy Świętokrzyskie po organizowaną w Kielcach w 2004 roku Sześciodniówkę.

W kadrze narodowej, czyli ” Cyrku Malca ” ( nazywanego tak na cześć trenera Mirosława Malca ) przejeździł piętnaście lat, osiągając sporo sukcesów. Bez przesady można napisać, że rajdy Enduro były dla niego wszystkim, bez nich chyba by nie potrafił funkcjonować. Przez kilka ostatnich lat mawiał, że kończy karierę – bagatela, czterdziestoletnią! – że nie ma już w mieszkaniu miejsca na kolejne puchary i dyplomy. I nadal startował w klasie Weteran ( odbierając na każdym rajdzie puchar dla najstarszego stażem i wiekiem zawodnika ) imponując młodzieży stylem, techniką jazdy, a konkurencję wprawiały w niepokój osiągane przez Niego wyniki. No cóż nie darmo mawiano, że Zbigniew Banasik jest legendą polskich rajdów Enduro. Istnieje określenie ” grom z jasnego nieba „. Czymś takim była wiadomość jaka nadeszła ze Słowacji, gdzie w Vysnym Mydzevie rozgrywano eliminacje Mistrzostw Europy Enduro. Zbigniew Banasik zmarł nagle na atak serca w nocy z czternastego na piętnasty sierpnia 2009 roku. To było nie do uwierzenia… Urodzony 7 czerwca 1953 roku obchodziłby niedługo sześćdziesiąte urodziny, ale los chciał inaczej. Teraz Zbigniew Banasik wraz z trenerem Wacławem Sandeckim i znakomitym zawodnikiem Zenonem Wieczorkiem w niebiosach wspominają tamte rajdy i tamtych asów.

Jarosław Ozdoba

Zbigniew Banasik

udostępnił wpis - 7 mies. temu

i

Jednym z najlepszych, o ile nie najlepszym, zawodnikiem Korony był przez długie lata Zbigniew Banasik, zdobywca wielu tytułów mistrza Polski (1978, 1980, 1983, 1984, 1985, 1986, 1989 ), wicemistrza i drugiego wicemistrza kraju. Oprócz laurów na krajowym podwórku, Zbigniew Banasik zdobywał dobre lokaty w serialu mistrzostw Europy i w Pucharze Pokoju i Przyjaźni. Te ostatnie były mistrzostwami krajów demokracji ludowej. Banasik był także multimedalistą Sześciodniówki Motocyklowej w latach 1978-1989.
Urodził się 7 czerwca 1953 roku w Suchedniowie. Swoją przygodę ze sportem zaczął od... gimnastyki i akrobatyki. W wieku lat szesnastu zaczęła się rajdowa pasja Zbigniewa Banasika. „Biniol” zaczynał od popularnych triali, czyli rajdów obserwowanych, gdzie trzeba bez podpórki nogą pokonać trudne, kręte odcinki jazdy obserwowanej.

Nazwisko Banasika dość szybko znalazło się w słynnym notesie menadżera kieleckich motocyklistów, Wacława Sandeckiego. Zbyszek gładko się przekwalifikował na rajdowca szybkiego i zaczął startować w barwach klubu SHL, a następnie Korony. Jakiś czas startował równolegle w rajdach obserwowanych i szosowo-terenowych, by w połowie lat siedemdziesiątych zadeklarować się w tych ostatnich. Posmakował też startów w motocrossie - w barwach GAMK Budowlani Gdańsk i Zagłębia Miedziowego Głogów.

Banasik był pasjonatem sportu motocyklowego, zaangażowanym weń całą duszą. Po prostu kochał rajdowe motocykle. Miał upór, by robić w sporcie wszystko jak najlepiej. Dla otoczenia i znajomych, których miał bez liku, zawsze serdeczny, uśmiechnięty i pomocny. Jego świetne poczucie humoru znane było daleko poza granicami kraju, do dziś w wielu miejscach na mapie Europy wspominany jest z niekłamaną sympatią.

„Biniol”, bo tak go nazywano – lub alternatywnie „Banan” - miał niesamowity dryg do szkolenia młodych adeptów sztuki rajdowej. Umiał nie tylko wytłumaczyć, jak się prawidłowo jeździ motocyklem, życzliwie skorygować błędy i zachęcić do dalszego doskonalenia techniki jazdy. Umiał też nauczyć prawidłowej obsługi motocykla, podstaw napraw podzespołów, czy wpoić sztukę demontażu opony w warunkach polowych. Wielu przyszłych utalentowanych i utytułowanych zawodników bardzo wiele zawdzięcza w początkach swej kariery właśnie Zbigniewowi Banasikowi.

Zbigniew Banasik zmarł nagle w nocy z 14 na 15 sierpnia 2009 roku na rajdzie Enduro w Vysnym Mydzevie na Słowacji. Pojechał tam, by opiekować się młodymi zawodnikami KTM Novi Kielce podczas zawodów. Na rajdowych trasach spędził 40 sezonów. Spoczął na Cmentarzu Starym w Kielcach.

Zbigniewa Banasika nie ma w polskim enduro już 10 lat, teraz ogląda rajdy z niebiańskiej perspektywy. Zapewne wspomina dawne czasy, a anegdotek dotyczących sportu motocyklowego miał zawsze pod ręką bez liku. Nie da się ukryć, że bardzo go tu brakuje…

Zbyszka, jako świetnego sąsiada i wspaniałego, dowcipnego człowieka, wspominają również Jego sąsiedzi z bloków przy ulicy Bohaterów Warszawy. „Biniola” dobrze wspominają ludzie, którzy kiedyś mieszkali w kamienicy na rogu Staszica i Zamkowej.
Cytuję znanego onegdaj zawodnika z wyścigów motocyklowych, Jerzego Niczypurenkę z Gliwic: - U was w Kielcach, to tylko to enduro! Ten poj…ny Banasik was do tego namówił!